poniedziałek, 28 grudnia 2015

M-I-Ł-O-Ś-Ć

Znów dość sporo nie pisałam. Sporo myślałam o życiu i świecie- zresztą jak zwykle. Nie umiem wykrzesać z siebie pomysłu na jakiś wiersz. Jestem znowu zbyt szczęśliwa. To chyba dobrze.

Miłość boli, miłość rozwija
miłość powoli zabija
jest początkiem, nigdy końcem
kochaniem, nie, seksem,
ciemnością i światłem
równocześnie
dobrem i złem
znakiem przeznaczeniem
i przypadkiem
i wszystkim razem.

Tak miłość to cierpienie i radość przenikające się, nawet nie wiesz jak szybko i różnorodnie. Oczywiście mówię o dojrzałej miłości, a nie o wytworach dzisiejszego konsumpcyjnego świata. Musisz się dla kogoś poświęcić, oddać kawałek siebie, wypruć flaki najgłębsze, neurony poprzesyłać do duszy tej drugiej, żeby powstał kwiat...kłamię...kwiaty, wszelkie pyłki, które zapylają resztę Ziemi. Miłość to energia i siła, ta najpierwotniejsza, pochodząca od wiecznych Praw Wszechświata. Miłość to największy dar dla człowieka jako Istoty nie zwierzęcia. Ona potrafi wszystko, ale musi być prawdziwa. Skąd to wiem? Czuję.


poniedziałek, 23 listopada 2015

Ostatnio KTOŚ

Ostatnio ktoś (nieważne kto) tak zrąbał mi psyche, że naszła mnie niesamowita wena na pisanie.
Kiedy jest się szczęśliwym tematy się wyczerpują, zapał i pasja zanikają. Kiedy jest się smutnym, a nawet zrozpaczonym to sztuka tworzy się sama. Jeśli nie piszesz lub nie jesteś gwiazdą rocka to Twoją sztuką jest życie.
Jest wtedy niezmiernie piękne i przejrzyste. Ostatnio nie miałam weny żadnej, przez tak długi czas czułam błogie szczęście. Czasem miło się posmucić. Kiedyś nawet to uwielbiałam. Słuchałam nadto muzyki gotyckiej czy depresyjnego metalu. Doszłam do wniosku- zresztą już dawno- że wszystko jest nam potrzebne. Więc nie marnuj czasu: biegaj, skacz i tańcz, rób co lubisz i co chcesz (nawet jeśli jest to wkurzanie innych ludzi), nie zastanawiaj się czy inni Cię lubią, to Ty masz wybierać czy lubisz kogoś z nich, bądź sobą, nie żyj czyimś wyobrażeniem Ciebie, bo na starość będziesz żałować itd. To wiadomo.

Przyjmuj zło (cokolwiek dla Ciebie znaczy), bo jest ono w tym Wszechświecie tak samo jak to kim jesteś i co lubisz. Wszystko Cię wówczas rozwinie do granic.


środa, 4 listopada 2015

Brak nihilizmu?

Spierdalajcie wy wszyscy jebani idealiści i niezależni kierownicy własnego losu nadawanego wam przez fale transmisyjne i teledyski! I wy, którzy myślicie, że wszystko jest niczym, niczego nie ma, że rzeczywistość to NIC.
Ostatnio poczułam, że ja! Taki mały dziubasek, niewiele znaczący, jest bardziej rzeczywisty niż wam się wydaje.
W poniedziałek wieczorem czułam, że umieram. Złapałam potwornego wirusa, który w szybkim tempie zaczął się namnażać. Najpierw czułam się coraz bardziej słabo, aż padłam na łóżko. Dostałam ciężkiego bólu głowy i ogromnej prawie 40stopniowej gorączki. Byłam gorąca jak piecyk. Z relacji wynika, że majaczyłam. Pamiętam, że miałam wiele strasznych wizji, które mimo wszystko mnie śmieszyły. Bałam się, a jednocześnie byłam szczęśliwa, w czasie gdy moje białko szykowało się powoli do ścinania. Gdybym była sama w domu, nie byłabym w stanie sobie pomóc. Na szczęście w domu był mój Ukochany, który co chwila coś mi podawał- zioła, nalewki, leki, okłady...po trzech godzinach gorączka spadła. Co dziwne, w czasie gdy próbował ze mną złapać kontakt, robiłam sobie żarty, przekomarzałam się, ledwo co mówiąc.  I szczerze?    Trochę mnie to zdziwiło, że czasie gdy przebywałam w tym nadzwyczajnym stanie połączenia chorej świadomości z nieświadomą podświadomością, byłam szczęśliwa.
Ogólnie od kilku lat pracowałam ze sobą, żeby choć trochę zapomnieć o przeszłości, przyszłości i tym co nieważne...i udało się. Gdy umierałam, byłam szczęśliwa.
Konkluzja?
Poczułam maximum siebie, tego co osiągnęłam, poczułam sens niepoddawania się, jasną drogę, poczułam WSZYSTKO, a nie n.i.c Kochani :)                            

wtorek, 20 października 2015

Coraz mniej nihilizmu....

Ciężko jest mi zrozumieć czemu ludzie nie potrafią być szczęśliwi. To znaczy rozumiem to bardzo dobrze, ale jestem teraz niesamowicie szczęśliwa i ślepa na wszystko inne. Dziwne, że zdarzyło się to dopiero po 21 latach, a nie od razu. Może do tego trzeba dorosnąć, może trzeba trafić na pewne wartości i treści, a może da się jednak od razu?
Nie podam wam rad, bo potrafię pisać tylko chaotycznie. Nie umiałabym raczej, na tę chwilę napisać artykułu i np. 10 punktów, które należy spełnić. Zresztą wszędzie, gdzie się tam coś powpisuje do sieci to się znajdzie jak to być szczęśliwym. Ale to niestety nie wystarczy. Ja potrzebowałam czasu, potrzebowałam piekła i dobijania się, niskiej samooceny i czarnych myśli. Potrzebowałam depresyjnej muzyki i wierszy. Potrzebowałam by ktoś bliski mi zniknął, chorej jaźni, toksycznych związków i fałszywych przyjaciół. Sądzę, że inaczej nie nauczyłabym się być szczęśliwa.
Nieważne jakiej jesteś wiary, co przeszedłeś, czym się kierujesz...Ważne by mocno wierzyć w to, że kiedyś to beznamiętnie porzucisz i wtedy stanie się zupełnie coś nowego. Coś co wytrąci cię z równowagi całkowicie. I musisz to przyjąć. A potem zainteresować się światem i wysnuć wnioski, że jak najbardziej ma on sens i wszystko ma sens. A potem jeszcze zatańczyć i zapomnieć się w sobie. Zobaczyć, że zło i dobro istnieją na równi, odejmują się od siebie cały czas. Zaśpiewać pieśń dziękczynną dla każdego żywego i nieżywego, które są. Nie szukać powodów, nie oczekiwać. Kochać nieważne jak, za co i po co. Robić to za czym zawsze tęsknimy. I płakać ze wzruszenia nad pięknem. Bo wszystko jest pięknem i nic nie jest niczym.

poniedziałek, 5 października 2015

WSZYSTKO

Ostatnio dzieją się dziwne sprawy. Wszystko skleja się w całość będąc tak pojebane. Wszystko. I wszystko jest tak piękne. Kocham wszystkich. Mam słabość zarówno do satanistów jak i katolików, do ludzi skrajnie biednych, menelowatych i kurewsko bogatych, snobów. Ostatnio nawet przez zwykły, niespotykany przypadek znalazłam w sklepie Netto krajarkę do frytek, której szukałam od dwóch lat bezskutecznie we wszelkich sklepach. Odnalazłam również piosenkę, której to szukałam od kiedy słyszałam ją jako dziecko w telewizji oraz radiu (wtedy nie miałam neta, by ją sprawdzić). No i tak dzisiaj, nagle, jadąc autobusem usłyszałam ją. Wcześniej też słyszałam ją sporadycznie, ale jest po hiszpańsku więc ciężko było mi sklecić słowa. Dziś jakimś cudem znalazłam jedno w niej, które brzmi w wymowie jakby polskie. Nie pamiętam jakie. I co ciekawe poza melodią dotarłam do tłumaczenia tekstu. Idealnie sklecał się z moim obecnym życiem i wszystkim. Niesamowicie się zgadzał.
Przez nienawiść pokochałam ten świat. Czy to rozwój?
Może jakie demony o tym wiedzą haha.

poniedziałek, 28 września 2015

A tak poza tym kocham jesień :)

Patrząc na sens istnienia, jest on tylko jeden. Nieważne jakie podsuplementy do niego dodamy. Może to być miłość, pomoc bliźniemu, rodzina, sztuka czy inne pierdu, pierdu. Nie będę przedłużać. Jedynym celem naszego życia na tej tajemniczej Planecie jest ciągły rozwój. I proszę mi nie mówić lub pisać, że nie mam racji.
Tu nie chodzi o to, że pójdziemy do nieba bo wierzymy w jakąś religię, czy może też reinkarnujemy w lepszym lub gorszym wcieleniu lub po prostu zeżre nas ziemia i nasza Świadomość niepamiętnie zniknie.
Byłabym New Ageowską suką gdybym powiedziała też, że ważne jest tylko tu i teraz i właśnie teraz ma być dobrze, a ja mam udawać na siłę szczęśliwą i mieć całkowicie wyjebane. To w ogóle nie gra żadnej roli.
Więc o co chodzi z tym rozwojem?
Chodzi o to by nie myśleć o nim za dużo, najlepiej wcale. By w pewnym momencie życia wejść w głąb siebie i zapytać z czym, z kim i jak mi pasuje egzystować? Najważniejsze by działać, nie stać w miejscu, gdzieś być, coś robić, nawet na pierwszy rzut oka całkowicie nieproduktywnego i bezsensownego. A co się okaże, tego dowiemy się na koniec życia. I tyle. Żadnych ekscytacji. Cała ta przepiękna, radosna lub pełna bólu i niezrozumienia mieszanina to otoczka.

Tylko gdzie podział się Matrix? Ten cały program wbudowany w nasze głowy, schematyczny i niezbyt ludzki, bardziej zaś zwierzęcy...To moje własne zdanie, zresztą jak zwykle, ale jedyny program jaki mamy odgórnie wgrany to program rozwoju. Nieważne jakiego.  Tzn. takiego, który współgra z odwiecznymi Prawami Wszechświata. I nikt nie może nam odebrać nic więcej. Żadnych udziwnień, żadnej innej kontroli. Mamy tylko to. Można to nazwać duszą. Jeśli ktoś zabierze nam dusze np. jacyś żydowscy sataniści, czy złowrogie ludziom jaszczury, to pozostaje otoczka. Dlatego też zakochałam się w jesieni...poza tym w tysiącach innych rzeczy oraz spraw. Ale jesień kojarzy mi się właśnie z takim życiem, gdzie jest miejsce na wszystko i nic.

Przesyłam potrzebne linki do zrozumienia. Nie są idealne, ale oszczędzają mi więcej pisania. A to wszystko byłoby już zbyt chaotyczne. Albo nie, prześlę je innym razem.

Pa

wtorek, 25 sierpnia 2015

Zmieniłam...

Chyba zmieniłam poglądy, chyba znów się obudziłam i pomyliłam miliony razy.

Nieważne gdzie jestem
ważne że działam
niepozornie nawet cicho
siebie wydalam
w największe licho
tego świata.
Nawet jeśli się śmiejesz
uważasz za kogoś lepszego
i tak Cię kocham wiesz?
Bo nie ma niczego
jest wszystko
i wiesz?
Dziś to zrozumiałam
nie można być nikim
nic nie jest niczym
jeśli tak myślisz
ewentualnie
jesteś tylko miłością...

Przepraszam za przedostatni wpis. Nie bierzcie go na poważnie.

piątek, 21 sierpnia 2015

Nie podobają mi się piękne kobiety

Ot, ideałem piękna jest dla mnie młoda Chylińska. Spore przerwy w zębach,zero makijażu, biżuterii, wymalowanych paznokci, wyprofilowanej twarzy. Zbyt duża męska koszulka, glany i obwisłe portki. Za to maksymalny poziom osobowości, niezależności, oryginalności, mocny głos- to są dla mnie prawdziwe cechy kobiecości, ukrytej energii seksualnej.
Oj kiedyś też taka byłam i marzę by wrócić do tych czasów. Udaję, że lubię się malować i "ładnie" ubierać. Pragnę rozkrzyczanych piosenek, spacerów w ciężkich butach i słuchawek na uszach, aż do bólu. I to cudowne uczucie, że jestem inna, a nie taka jak inni. I co mnie obchodziły wtedy te kobiece gierki: jak zdobyć faceta lub czy się komuś podobam! W głębokim poważaniu miałam zdanie innych pod względem mojego wyglądu, towarzysko byłam fatalna- nie lubiłam pić, palić, omijałam imprezy.
Miałam może ze trzech przyjaciół i żadnych znajomych. Były to zarazem najbardziej szczere, ludzkie i pokręcone osoby jakie poznałam. Byłam też bardzo samotna. Zbyt dużo myślałam o świecie i się dobijałam, że ludzie nie są tacy jak ja. I że faceci wolą te ideały kobiet, których kanony widzą w mediach, i że inne kobiety się na to łapią, starają się upodobnić i nie myślą o niczym innym, nie są do końca sobą lub wcale. Przecież to istna katorga- te ćwiczenia na płaski brzuch, kompleksy i stanie w kiblu by się jakoś zrobić na britney czy inną, zamiast zrobić coś uduchowionego. Zbyt dużo czasu spędzałam ze sobą, na muzyce, Norwidzie i Annie Rice. A związki były nieudane bo myślałam, że czysta miłość wystarczy...a z resztą już nie muszę się starać.
Niestety musiałam to przerwać. Byłam zbytnią idealistką. Wpadałam w liczne depresje, kochane depresje. Dawały mi sporo weny. Lubiłam i nienawidziłam jednocześnie być brzydka i ciągle nieuśmiechnięta, zbyt melancholiczna i buntownicza. Z czasem zrozumiałam, że muszę ubrać maskę by jakoś funkcjonować jako osoba dorosła. Matrix, och kochany matrix. Zmusił mnie do bycia zależną, pustą z zewnątrz. Ludzie lubią tych podobnych do siebie, bardziej im ufają. Trochę więc ucichłam, już nie wykrzykuję tylu wyjętych z mózgu teorii i prawd, włożyłam biżuterię, maluję czasem paznokcie i interesuję się makijażem, lubię podobać się mężczyznom (śmieszy mnie często gdy wkładam bluzki z dekoltem). Czuję się bardziej szanowana społecznie, ludzie bardziej mnie lubią, bardziej mi ufają, jakoś bardziej lubię siebie...To nie jest taka zła zmiana. Teraz tylko w określonych, osobistych sytuacjach jestem naprawdę sobą, tą brudną laską, w męskiej koszulce. I wtedy jestem jeszcze bardziej szczęśliwa niż podczas samego, młodzieńczego buntu. Lubię to uczucie gdy tak ciulam  życie :)

niedziela, 9 sierpnia 2015

Jak znienawidzić ten świat?

Kiedy zdajemy sobie sprawę z faktu, że gdzieś tam nie odpowiada nam system, w którym żyjemy, że ludzie wokół nas nie rozumieją i nie odnajdują nic poza tym co system wtłacza im do głów...kiedy sami gubimy się kim lub czym tak naprawdę jesteśmy-mam odpowiedź:
Jeśli nie jestem ciałem
a ni umysłem.
To kim jestem
kimże?
Dusza jest zbyt ogólna
zbyt niedostępna
bo tak szeroka.
Zamknięte cokolwiek
i kim jestem?
A dupa czymże jest?
Po co pytać...
przecie to też dusza
i jasne światła na drodze
muzyka
i lody podwórkowe.

Jestem robotem
wytworem GMO
powiedzieli tak kosmici
i to nie jest wiersz
choćbyście chcieli.

A tak na poważniej:
"Liczy się bycie, a nie czynienie! Ważne, ze JESTEM, a nie KIM JESTEM!" Ta jedna linijka tekstu zmieniła wszystko. Wcześniej gubiłam się, bo nie umiałam pokochać siebie, tym bardziej innych,chciałam uciec...Teraz wiem, że nie w mojej praktyce jest uczynić ten świat lepszym. Teraz wiem, że mogę mieć wyjebane na wszystkich i na wszystko. Wiem, że mogę być kimkolwiek, bez wielkich idei i sensów. Że nie zje mnie poczucie winy i smutek z powodu smutku innych. Smutek i zło są potrzebne, rozstania są potrzebne, prymitywne ludzkie popędy są potrzebne, cierpienia są. A co jest z tego najpiękniejsze?
Że istniejemy. I że mimo "zła" dobro czynić chcemy- ktoś z nas na pewno. Czyż to nie wspaniałe? Czyż to nie wystarczy? Czy to właśnie nie jest miłość? Robienie czegoś dobrego nie na siłę?
Wszechświat jest tak ogromny w obliczu naszych błahych problemów i spraw.
Ważne są nasze ciała, materia, nasz egoizm jest szalenie istotny. I dusza, dupa, filozofie i myślenie również!
Ale nic więcej ważne nie jest.

Wiem, wiem ten wpis wygląda okropnie i mało można z niego zrozumieć. Ale jeśli się poczuje to o czym tu jest, to nic, zwyczajnie :) Strasznie desperacko, mało i dużo na temat. Z żadnej strony donikąd- mało poetycka paplanina.

„I chyba na tym polega największa „perwersja” Boga, o ile można to tak nazwać. Że kocha w nas wszystkie te brudy i niedoskonałości, za które my sami siebie nienawidzimy, bo nie potrafimy ich zmienić ani wymazać, i za które gardzi nami drugi człowiek. Bo to nie dobro w nas potrzebuje Jego miłości, ale nasze wewnętrzne piekła. To one najgłośniej Go wołają i to im odpowiada Bóg, jako, że są dla Niego przestrzenią, w której może pokazać swoją ogromną miłość do człowieka. Tego niestety nie da nam drugi człowiek, równie niedoskonały jak my, który kierując się swoim ego, będzie kochał w nas przede wszystkim cechy, które odpowiadają jego projekcjom. Do miłości doskonałej i zbawczej zdolny jest tylko Absolut (...) tylko On wie, jacy naprawdę jesteśmy w środku, potrafi zajrzeć głęboko w naszą duszę i dać jej to, czego potrzebuje.”
Choć zdarzają się wyjątki tu na Ziemi ;D
Miłość boska jest wszechobecna, wystarczy się uśmiechnąć, ujrzeć boga w innym człowieku czy we zwierzu...i wtedy już nic więcej nie oczekujesz. Oczekiwanie zresztą same w sobie jest skazane na porażkę. Do kiedyś!

środa, 15 lipca 2015

LOL

Ach...jest tak piękny dzień i kiszę się przed komputerem. Jest tak bosko, jem orzechy, słucham reggae, mam wszystkich gdzieś.

Nie mam nic
co mogę zostawić
nikogo stracić.
Strawiłam też siebie
w łatwe kompilacje
myśli bezużyteczne.
One tworzą wszechświaty
odległe w których 
kiedyś się znajdę.
Miłość przemyka gdzieś obok
całuje, odchodzi, przytula
gdy myślę, żem piękna.
Chwasty na starej planecie
i jasna ziemia na nowej
perspektywie marzenia.
Tylko...
wezmę ze sobą Ciebie
czym jesteś nieważne
możesz być kimkolwiek
ważne że rozumiesz
mnie trochę
nie uznajesz za psychiczne
me choroby wszystkie.
 
>>>https://www.youtube.com/watch?v=kU959L4fLO0 

wtorek, 14 lipca 2015

Uciec, tylko gdzie.

Po bardzo długiej i skomplikowanej przerwie wracam w końcu do pisania. Nic mnie nie natchnęło, tak po prostu, piszę.  Nie będzie to już forma tak psychodeliczna jak niegdyś, hehe. Myślę, że dojrzałam, jestem o wiele bardziej...dojrzała. Może mnie czasem coś napadnie...

Przez okres niepisania zdałam sobie sprawę z dwóch niesamowicie istotnych rzeczy. Pierwsza:
http://wiedzaduchowa24.sennik-mistyczny.pl/poziomy_swiadomosci,93.html

Druga: nie chcę tu wracać.
W przyszłym życiu wolałabym żyć na innej planecie. Ot, a tak. Zbyt mi tu niezrozumianie i boleśnie. Gdzieś tam szczęśliwa, dalej uważam wszystkich za kurwy i złodziei, szczególnie ten tu świat. Nic się nie skleja. Nie da się wartościować dobra i zła- tutaj jest to powszechne. A największym ograniczeniem jest mój umysł. Och, gdybym mogła być trochę głupsza, mogłabym tu przeżyć nawet millenium.

Przychodzi czas, że stajesz się bardziej świadomy. Albo to ignorujesz i mimo szczęścia czujesz ból istnienia. Tak niepozorny i delikatny, że prawie nieodczuwalny. Albo umierasz i jesteś w cudnej nieświadomości.

A tak bardziej po ludzku.
Poznałam już wszystko: i miłość i śmierć, uzależnienia, zachody słońca i różowe nieba, seks, muzykę, sztukę i nudne historie innych ludzi. Niezmienne. Chyba potrzebuję odmiany. Choć kto wie? Czy na innej planecie nie będzie bardziej zjebanie.