Chyba zmieniłam poglądy, chyba znów się obudziłam i pomyliłam miliony razy.
Nieważne gdzie jestem
ważne że działam
niepozornie nawet cicho
siebie wydalam
w największe licho
tego świata.
Nawet jeśli się śmiejesz
uważasz za kogoś lepszego
i tak Cię kocham wiesz?
Bo nie ma niczego
jest wszystko
i wiesz?
Dziś to zrozumiałam
nie można być nikim
nic nie jest niczym
jeśli tak myślisz
ewentualnie
jesteś tylko miłością...
Przepraszam za przedostatni wpis. Nie bierzcie go na poważnie.
wtorek, 25 sierpnia 2015
piątek, 21 sierpnia 2015
Nie podobają mi się piękne kobiety
Ot, ideałem piękna jest dla mnie młoda Chylińska. Spore przerwy w zębach,zero makijażu, biżuterii, wymalowanych paznokci, wyprofilowanej twarzy. Zbyt duża męska koszulka, glany i obwisłe portki. Za to maksymalny poziom osobowości, niezależności, oryginalności, mocny głos- to są dla mnie prawdziwe cechy kobiecości, ukrytej energii seksualnej.
Oj kiedyś też taka byłam i marzę by wrócić do tych czasów. Udaję, że lubię się malować i "ładnie" ubierać. Pragnę rozkrzyczanych piosenek, spacerów w ciężkich butach i słuchawek na uszach, aż do bólu. I to cudowne uczucie, że jestem inna, a nie taka jak inni. I co mnie obchodziły wtedy te kobiece gierki: jak zdobyć faceta lub czy się komuś podobam! W głębokim poważaniu miałam zdanie innych pod względem mojego wyglądu, towarzysko byłam fatalna- nie lubiłam pić, palić, omijałam imprezy.
Miałam może ze trzech przyjaciół i żadnych znajomych. Były to zarazem najbardziej szczere, ludzkie i pokręcone osoby jakie poznałam. Byłam też bardzo samotna. Zbyt dużo myślałam o świecie i się dobijałam, że ludzie nie są tacy jak ja. I że faceci wolą te ideały kobiet, których kanony widzą w mediach, i że inne kobiety się na to łapią, starają się upodobnić i nie myślą o niczym innym, nie są do końca sobą lub wcale. Przecież to istna katorga- te ćwiczenia na płaski brzuch, kompleksy i stanie w kiblu by się jakoś zrobić na britney czy inną, zamiast zrobić coś uduchowionego. Zbyt dużo czasu spędzałam ze sobą, na muzyce, Norwidzie i Annie Rice. A związki były nieudane bo myślałam, że czysta miłość wystarczy...a z resztą już nie muszę się starać.
Niestety musiałam to przerwać. Byłam zbytnią idealistką. Wpadałam w liczne depresje, kochane depresje. Dawały mi sporo weny. Lubiłam i nienawidziłam jednocześnie być brzydka i ciągle nieuśmiechnięta, zbyt melancholiczna i buntownicza. Z czasem zrozumiałam, że muszę ubrać maskę by jakoś funkcjonować jako osoba dorosła. Matrix, och kochany matrix. Zmusił mnie do bycia zależną, pustą z zewnątrz. Ludzie lubią tych podobnych do siebie, bardziej im ufają. Trochę więc ucichłam, już nie wykrzykuję tylu wyjętych z mózgu teorii i prawd, włożyłam biżuterię, maluję czasem paznokcie i interesuję się makijażem, lubię podobać się mężczyznom (śmieszy mnie często gdy wkładam bluzki z dekoltem). Czuję się bardziej szanowana społecznie, ludzie bardziej mnie lubią, bardziej mi ufają, jakoś bardziej lubię siebie...To nie jest taka zła zmiana. Teraz tylko w określonych, osobistych sytuacjach jestem naprawdę sobą, tą brudną laską, w męskiej koszulce. I wtedy jestem jeszcze bardziej szczęśliwa niż podczas samego, młodzieńczego buntu. Lubię to uczucie gdy tak ciulam życie :)
Oj kiedyś też taka byłam i marzę by wrócić do tych czasów. Udaję, że lubię się malować i "ładnie" ubierać. Pragnę rozkrzyczanych piosenek, spacerów w ciężkich butach i słuchawek na uszach, aż do bólu. I to cudowne uczucie, że jestem inna, a nie taka jak inni. I co mnie obchodziły wtedy te kobiece gierki: jak zdobyć faceta lub czy się komuś podobam! W głębokim poważaniu miałam zdanie innych pod względem mojego wyglądu, towarzysko byłam fatalna- nie lubiłam pić, palić, omijałam imprezy.
Miałam może ze trzech przyjaciół i żadnych znajomych. Były to zarazem najbardziej szczere, ludzkie i pokręcone osoby jakie poznałam. Byłam też bardzo samotna. Zbyt dużo myślałam o świecie i się dobijałam, że ludzie nie są tacy jak ja. I że faceci wolą te ideały kobiet, których kanony widzą w mediach, i że inne kobiety się na to łapią, starają się upodobnić i nie myślą o niczym innym, nie są do końca sobą lub wcale. Przecież to istna katorga- te ćwiczenia na płaski brzuch, kompleksy i stanie w kiblu by się jakoś zrobić na britney czy inną, zamiast zrobić coś uduchowionego. Zbyt dużo czasu spędzałam ze sobą, na muzyce, Norwidzie i Annie Rice. A związki były nieudane bo myślałam, że czysta miłość wystarczy...a z resztą już nie muszę się starać.
Niestety musiałam to przerwać. Byłam zbytnią idealistką. Wpadałam w liczne depresje, kochane depresje. Dawały mi sporo weny. Lubiłam i nienawidziłam jednocześnie być brzydka i ciągle nieuśmiechnięta, zbyt melancholiczna i buntownicza. Z czasem zrozumiałam, że muszę ubrać maskę by jakoś funkcjonować jako osoba dorosła. Matrix, och kochany matrix. Zmusił mnie do bycia zależną, pustą z zewnątrz. Ludzie lubią tych podobnych do siebie, bardziej im ufają. Trochę więc ucichłam, już nie wykrzykuję tylu wyjętych z mózgu teorii i prawd, włożyłam biżuterię, maluję czasem paznokcie i interesuję się makijażem, lubię podobać się mężczyznom (śmieszy mnie często gdy wkładam bluzki z dekoltem). Czuję się bardziej szanowana społecznie, ludzie bardziej mnie lubią, bardziej mi ufają, jakoś bardziej lubię siebie...To nie jest taka zła zmiana. Teraz tylko w określonych, osobistych sytuacjach jestem naprawdę sobą, tą brudną laską, w męskiej koszulce. I wtedy jestem jeszcze bardziej szczęśliwa niż podczas samego, młodzieńczego buntu. Lubię to uczucie gdy tak ciulam życie :)
niedziela, 9 sierpnia 2015
Jak znienawidzić ten świat?
Kiedy zdajemy sobie sprawę z faktu, że gdzieś tam nie odpowiada nam system, w którym żyjemy, że ludzie wokół nas nie rozumieją i nie odnajdują nic poza tym co system wtłacza im do głów...kiedy sami gubimy się kim lub czym tak naprawdę jesteśmy-mam odpowiedź:
Jeśli nie jestem ciałem
a ni umysłem.
To kim jestem
kimże?
Dusza jest zbyt ogólna
zbyt niedostępna
bo tak szeroka.
Zamknięte cokolwiek
i kim jestem?
A dupa czymże jest?
Po co pytać...
przecie to też dusza
i jasne światła na drodze
muzyka
i lody podwórkowe.
Jestem robotem
wytworem GMO
powiedzieli tak kosmici
i to nie jest wiersz
choćbyście chcieli.
A tak na poważniej:
"Liczy się bycie, a nie czynienie! Ważne, ze JESTEM, a nie KIM JESTEM!" Ta jedna linijka tekstu zmieniła wszystko. Wcześniej gubiłam się, bo nie umiałam pokochać siebie, tym bardziej innych,chciałam uciec...Teraz wiem, że nie w mojej praktyce jest uczynić ten świat lepszym. Teraz wiem, że mogę mieć wyjebane na wszystkich i na wszystko. Wiem, że mogę być kimkolwiek, bez wielkich idei i sensów. Że nie zje mnie poczucie winy i smutek z powodu smutku innych. Smutek i zło są potrzebne, rozstania są potrzebne, prymitywne ludzkie popędy są potrzebne, cierpienia są. A co jest z tego najpiękniejsze?
Że istniejemy. I że mimo "zła" dobro czynić chcemy- ktoś z nas na pewno. Czyż to nie wspaniałe? Czyż to nie wystarczy? Czy to właśnie nie jest miłość? Robienie czegoś dobrego nie na siłę?
Wszechświat jest tak ogromny w obliczu naszych błahych problemów i spraw.
Ważne są nasze ciała, materia, nasz egoizm jest szalenie istotny. I dusza, dupa, filozofie i myślenie również!
Ale nic więcej ważne nie jest.
Wiem, wiem ten wpis wygląda okropnie i mało można z niego zrozumieć. Ale jeśli się poczuje to o czym tu jest, to nic, zwyczajnie :) Strasznie desperacko, mało i dużo na temat. Z żadnej strony donikąd- mało poetycka paplanina.
„I chyba na tym polega największa „perwersja” Boga, o ile można to tak nazwać. Że kocha w nas wszystkie te brudy i niedoskonałości, za które my sami siebie nienawidzimy, bo nie potrafimy ich zmienić ani wymazać, i za które gardzi nami drugi człowiek. Bo to nie dobro w nas potrzebuje Jego miłości, ale nasze wewnętrzne piekła. To one najgłośniej Go wołają i to im odpowiada Bóg, jako, że są dla Niego przestrzenią, w której może pokazać swoją ogromną miłość do człowieka. Tego niestety nie da nam drugi człowiek, równie niedoskonały jak my, który kierując się swoim ego, będzie kochał w nas przede wszystkim cechy, które odpowiadają jego projekcjom. Do miłości doskonałej i zbawczej zdolny jest tylko Absolut (...) tylko On wie, jacy naprawdę jesteśmy w środku, potrafi zajrzeć głęboko w naszą duszę i dać jej to, czego potrzebuje.”
Choć zdarzają się wyjątki tu na Ziemi ;D
Miłość boska jest wszechobecna, wystarczy się uśmiechnąć, ujrzeć boga w innym człowieku czy we zwierzu...i wtedy już nic więcej nie oczekujesz. Oczekiwanie zresztą same w sobie jest skazane na porażkę. Do kiedyś!
Jeśli nie jestem ciałem
a ni umysłem.
To kim jestem
kimże?
Dusza jest zbyt ogólna
zbyt niedostępna
bo tak szeroka.
Zamknięte cokolwiek
i kim jestem?
A dupa czymże jest?
Po co pytać...
przecie to też dusza
i jasne światła na drodze
muzyka
i lody podwórkowe.
Jestem robotem
wytworem GMO
powiedzieli tak kosmici
i to nie jest wiersz
choćbyście chcieli.
A tak na poważniej:
"Liczy się bycie, a nie czynienie! Ważne, ze JESTEM, a nie KIM JESTEM!" Ta jedna linijka tekstu zmieniła wszystko. Wcześniej gubiłam się, bo nie umiałam pokochać siebie, tym bardziej innych,chciałam uciec...Teraz wiem, że nie w mojej praktyce jest uczynić ten świat lepszym. Teraz wiem, że mogę mieć wyjebane na wszystkich i na wszystko. Wiem, że mogę być kimkolwiek, bez wielkich idei i sensów. Że nie zje mnie poczucie winy i smutek z powodu smutku innych. Smutek i zło są potrzebne, rozstania są potrzebne, prymitywne ludzkie popędy są potrzebne, cierpienia są. A co jest z tego najpiękniejsze?
Że istniejemy. I że mimo "zła" dobro czynić chcemy- ktoś z nas na pewno. Czyż to nie wspaniałe? Czyż to nie wystarczy? Czy to właśnie nie jest miłość? Robienie czegoś dobrego nie na siłę?
Wszechświat jest tak ogromny w obliczu naszych błahych problemów i spraw.
Ważne są nasze ciała, materia, nasz egoizm jest szalenie istotny. I dusza, dupa, filozofie i myślenie również!
Ale nic więcej ważne nie jest.
Wiem, wiem ten wpis wygląda okropnie i mało można z niego zrozumieć. Ale jeśli się poczuje to o czym tu jest, to nic, zwyczajnie :) Strasznie desperacko, mało i dużo na temat. Z żadnej strony donikąd- mało poetycka paplanina.
„I chyba na tym polega największa „perwersja” Boga, o ile można to tak nazwać. Że kocha w nas wszystkie te brudy i niedoskonałości, za które my sami siebie nienawidzimy, bo nie potrafimy ich zmienić ani wymazać, i za które gardzi nami drugi człowiek. Bo to nie dobro w nas potrzebuje Jego miłości, ale nasze wewnętrzne piekła. To one najgłośniej Go wołają i to im odpowiada Bóg, jako, że są dla Niego przestrzenią, w której może pokazać swoją ogromną miłość do człowieka. Tego niestety nie da nam drugi człowiek, równie niedoskonały jak my, który kierując się swoim ego, będzie kochał w nas przede wszystkim cechy, które odpowiadają jego projekcjom. Do miłości doskonałej i zbawczej zdolny jest tylko Absolut (...) tylko On wie, jacy naprawdę jesteśmy w środku, potrafi zajrzeć głęboko w naszą duszę i dać jej to, czego potrzebuje.”
Choć zdarzają się wyjątki tu na Ziemi ;D
Miłość boska jest wszechobecna, wystarczy się uśmiechnąć, ujrzeć boga w innym człowieku czy we zwierzu...i wtedy już nic więcej nie oczekujesz. Oczekiwanie zresztą same w sobie jest skazane na porażkę. Do kiedyś!
Subskrybuj:
Posty (Atom)