środa, 17 maja 2023

PRIORYTETY na teraz, po zmianie roboty

 1. Zająć się hipnozą na poważnie, szkolić w tym zakresie i dążyć do możliwości zarabiania na tym.

2. Znaleźć pracę jak najlepiej płatną, z zaznaczeniem, aby nie była to praca podobna do tej, z której się zwalniam obecnie. 

3. Żyć dniem dzisiejszym, radować się, być wdzięcznym za wszystko.

4. Pracować nad swoją duszą i psychiką. Obserwować swoje ego z boku, przepracowywać, akceptować je, kochać, ale robić w życiu tak jak dusza i intuicja nakazuje. 

5. Rozwijać się na YouTube. 

Jak widać z info powyżej: Zwolniłam się z pracy! :) Tzn. jestem tam jeszcze do sierpnia, bo tak mam wypowiedzenie. I zauważyłam, że to właśnie Ego me mnie męczy. Przypomina, wspomina, zbiera natłok myśli odnośnie pracy i tego, że może podejmuję złą decyzję . 

Ego wspomina miłe chwile, te chwile kiedy było na szczycie, kiedy było pożądane, kiedy mężczyźni w pracy się interesowali i doceniali (choć akurat to jest to albo manipulacja, albo zwykłe nic nie znaczące próby flirtu w moją stronę, ponieważ jedynie mój mąż to moja jedyna opoka i wyspa miłości),  kiedy zarabiało dużo pieniędzy, czuło się wygodnie i względnie bezpiecznie, nie musiało podejmować zmian.  

Jednak to iluzje, ulotne sprawy. Ego musi sobie zdać sprawę, że na dłuższą metę bycie w tej robocie nie byłoby dla mnie dobre, nie byłoby ze mną kompatybilne i nie pozwoliłoby dalej rozwijać drogą miłości, a drogą coraz większego zadowalania Ego. 

Ważne jest by iść drogą serca, duszy i intuicji. Jestem teraz w takim stanie i podejściu jakie opisywał Osho w książce "Odwaga". Więc chuj z Ego, biegnę dalej pięknie i spontanicznie :D


A poza tym:

6. Grać w swoje życiowe gry: np. praca, rozwój, podróże itp. ale nie utożsamiać się z nimi.

poniedziałek, 27 marca 2023

27.03.2023! Spowiedź.

 O kurczę, całkiem zapomniałam, że kiedyś tu coś pisałam. Ostatnio jednak zaś nawiedza mnie coś na kształt melancholii i tak jakoś intuicja mnie tu znów zaprowadziła. Przeczytałam swoje poprzednie wpisy, też i te sprzed lat. Wywołało tu u mnie jednocześnie smutek i sentyment. Miły sentyment. Jakże wpisy te były pełne dramatów wewnętrznych, romantyzmu i brudnej poezji.

No i ileż mogę napisać! Za dużo by tego było. Normalnie spędziłabym cały dzień opisując całe te lata. Dlatego opiszę tylko ostatnie uczucia. To zresztą te, które przyprowadziły mnie znów tu.  Hmm...piszę w sumie to wszystko z przerwami i tak naszło mnie, że napiszę tyle ile po prostu mi się uda.

A ja? Mam już 28, no prawie 29 lat. Jakoś dalej nie mogę w to uwierzyć, bo...te dramaty dotykają mnie do dzisiaj. 

Ale...nawiązując do wpisów sprzed lat...

To niesamowite jak zmieniło się moje życie od tego czasu. Robiłam rzeczy zupełnie sprzeczne swojej naturze. Zaczłowieczyłam się, wchłonęłam w system. I co z tego wyszło?

Zajebisty mąż, praca w korporacji sprzedażowej, kupienie praktycznie z większości oszczędności mieszkanka w miłym miasteczku przy Beskidzie Małym. Choć są to sprawy dość materialne, poza mężem, który duchowo jest jedyną odskocznią od tego matrixa (choć musimy też razem jakoś się w nim odnajdywać). Jest moją bratnią duszą i gdyby go mi zabrakło to tkwienie w tym matrixie nie miałoby dla mnie już jakiegokolwiek znaczenia. Chyba całkiem wtedy zdziczałabym ;)

Poza tym o wiele mocniejsza psychika i intuicja. Jednak z tym bywa jeszcze różnie. Tak na serio nadal jestem tą starą dziewczyną, z tych starych wpisów. Jedynie umiem więcej udawać i tworzyć wokół siebie pewne otoczki oddalające mnie od tego co tak naprawdę wciąż we mnie głęboko siedzi. 

Zawsze kiedy wpadałam w ogromne depresje, zwykle po prostu żyłam sobie z dnia na dzień, robiąc to samo co zwykle, tyle ile mogłam. I właśnie zdaje sobie sprawę z tego, że: dlaczego być przy tym życiu smutnym, a nie jednak wesołym? Łatwo jest jednak tak powiedzieć, bo ostatnio mój mózg totalnie się buntuje i kompletnie nic na mnie nie działa. Wiem o tym, że są gorsze problemy, że nic tak naprawdę złego mi się nie dzieje, że tak naprawdę mam zajebiste życie, a nawet gdyby nie to każdy w życiu miewa gorsze wydarzenia i po prostu musi sobie z tym radzić bo i tak to tylko życie, które równoznaczne jest z rozwojem i śmiercią. Każdego dnia przybliżające nas do niej. Jednak kiedy chemia w mózgu jest inna, coś nie styka na mam wrażenie biologicznym też poziomie- nic nie poradzę, bo nie wiem już jak. Automatycznie już od dłuższego czasu zalewają mnie masy niekończących się, powtarzających wciąż i wciąż jak zmora myśli, dysonanse osobowościowe, smętne nastroje, brak siły i mobilizacji. Jedynie wiem, że takie sytuacje mijają z czasem. Mimo wszystko mam ich na przestrzeni lat coraz mniej. Kiedyś to w ogóle miałam tak praktycznie codziennie. 

Zaczynam więc robić autoterapię. Skąd się to u mnie wzięło? Te ostatnie melancholie. Myślę, że to przez przebodźcowanie niedawnymi wydarzeniami. Śmierć teściowej, wyprowadzka i długi remont mieszkania, ciągłe dążenie do doskonałości duchowej i chyba najbardziej: praca w korporacji. Wiedziałam-kiedy tam się przyjmowałam-jak działają korpo, szczególnie te nastawione na ciągłą i aktywną sprzedaż. Jednak wtedy, te prawie dwa lata temu nie byłam duchem korpo tak przesiąknięta. Byłam świeża i ciekawa tego doświadczenia (myślałam, że długo tam nie pobędę, bo mam negatywne przekonania na temat korporacji i ich wpływu na cywilizacje) i miałam tam swego czasu sporo szczęścia trafiając na super klientów. Zarabiałam bardzo dużo jak na polskie warunki i dzięki temu mogłam sobie pozwolić na kupienie swojego mieszkania, nie biorąc hipoteki, a jedynie malutki kredyt, którego spłata wynosi tyle samo co opłacane przeze mnie mieszkanie na wynajem. Jednak po prawie dwóch latach zaczęłam się chyba wypalać. Codziennie 12godzinne rozmowy z ludźmi o różnych charakterach i nastrojach (gdzie no jestem raczej introwerykiem z natury), ciągłe zmiany tego co powinnam wiedzieć i umieć np. regulaminów sprzedażowych, przez 12 godzin logiczne myślenie i kombinowanie jak tu komuś coś sprzedać (gdzie ja nigdy nie przepadałam za logiką, z matmy i fizy zawsze słabe oceny), ciągłe (nie przesadzam) trąbienie z każdej strony o wynikach, słupkach i tabelkach...itd. Dużo bym mogła jeszcze pisać. I jestem w cholernym dysonansie: bo mimo wszystko lubię tę pracę za to, że mam wspaniale rozplanowany czas wolny, że bywa tam czasem fajna atmosfera, że rozwijam się w jakiś sposób, idzie tam nieźle zarobić (czasem więcej niż w zwykłej fizycznej pracy), mimo, że teraz mam cosik mniej szczęścia na opłacalne umowy i takie, które trzymają mnie na górze tabelek. I właśnie, że nie mam już takiego szczęścia, po prostu nie wygrywam losowania na klientów (bo w tej firmie klienci losują się za pomocą programu informatycznego do stanowisk), a może nawet nie jest to kwestia szczęścia (choć tego do końca nie jestem pewna), a tego, że nawał ciągłych rozmów z ludźmi, ciągłych zmian regulaminów i tego co powinnam umieć, ciągła presja na wciskanie wszystkiego wszystkim i częste mniejsze lub większe oszukiwanie lub zbywanie ludzi (nawet bardzo miłych i fajnych dziadków) SPRAWIA, że mój mózg jest przeciążony zarówno intelektualnie jak i moralnie. Jak wracam z pracy mam ochotę unikać męża, unikać ludzi, mam natarczywe myśli o pracy, o tym co się np. działo w jej trakcie i nie umiem się tego za żadne skarby pozbyć (spacer, kąpiel, medytacje już tak nie pomagają). Wkurza mnie też tak wewnętrznie i zalewa mnie myślami też jeszcze jedna kwestia. Że w takiej korporacji trzeba patrzeć tylko na siebie, być samolubnym, lisio inteligentnym psychopatą, by w tym momencie (inflacji) radzić tam sobie dobrze. Klienci nam się losują i różnie trafiają, ale mam wrażenie, że mimo wszystko bycie psychopatą bardzo pomaga coś komuś wciskać. Mówiąc "psychopata" mam na myśli kogoś fałszywie czarującego, który myśli tylko o tym jak tu kogoś oszukać i wycisnąć z niego wszystko pod względem finansowym, jak klienta zmanipulować, jak "zaczarować" go by wyglądać na osobę, która nie myśli tylko o swoim zysku i jak szybko wykombinować w systemie możliwość wciśnięcia mu kolejnej umowy czy sprzętu (co ostatnio mi zbytnio nie idzie pod względem logistycznym i wydaje mi się irracjonalne, z racji tego, że większość ludzi tego co chcę mu sprzedać tak naprawdę nie potrzebuje, bo po te produkty ostatnio-tak jak kiedyś- nie przychodzą za bardzo). Wkurza mnie bycie albo lwem albo antylopą. Staram się mimo wszystko być czymś pomiędzy ofiarą i łowcą, ale ostatnio naprawdę już mnie to niesamowicie przeciąża intelektualnie, moralnie, psychicznie po prostu. 

I mogłabym tu sobie napisać, że DZIEWCZYNO NIE PRZEJMUJ SIĘ, nie bierz nic na poważnie, ZEN, przecież sama wiesz, że najlepiej działa w życiu : miej wyjebane, a będzie Ci dane....ale wiecie co? To nie działa jak jest się wystawionym przez większość czasu ostatniego życia na takie różne bodźce. Bez przerwy i bez przerwy ciągle korporacja w mej głowie. To chore, za dużo tam pracowałam ,ogarniałam, za bardzo się zaangażowałam uczuciowo- bo to trochę jak toksyczny związek ;) Strasznie wciąga to korpo życie, szczególnie jak przez wiele miesięcy zarabiało się kupę kasiory i było się na samej górze tabelki wśród pracownika miesiąca. Odkryłam, że nie mam tak naprawdę przepracowanego ego do końca i nigdy go nie będę miała przepracowanego- to kolejna iluzja newagowskiej religii o duchowości i oświeceniu. Ego będzie ze mną do końca życia, bo to ono właśnie w tym na wpół zwierzęcym matriksie pozwala mi przeżywać. Np. odpowiednio reagować na różne sytuacje stresowe w pracy i życiu. I jedynie nie wystawianie się ciągle na takie różne bodźce może dać mi zaś spokój wewnętrzny. Jednak tak jak już mówiłam, kurczę no, szkoda mi rzucać tej pracy, bo poza tym co napisałam, ma jednak swoje plusy, których być może nie znajdę w innej.  A świat i tak jest jaki jest, korpo się rozwijają, cywilizacje wzrastają i upadają, ludzie to zwierzaki po części itd. i tak będzie, było i jest....Hmm...a może jednak znajdę te plusy w innej, mniej stresującej psychikę i mózg pracy?

Coś razem z tą jednoczesną miłością i nienawiścią do korpo jeszcze ze mnie drwi. A mianowicie mój "rozwój duchowy" i dążenie do jego doskonałości. Już od tak długiego czasu zbieram się by wydać medytację o równoważeniu czakr. A nie potrafię, często nie mam siły i weny na to. Nawet w sumie sama ostatnio nie mam tych czakr na odpowiednim poziomie, choć wydawało mi się przed tą deprechą, że mam je w zajebistym stanie. Wolę robić coś odmóżdzającego i mało praktycznego, bo też przez pracę w tej korpo zatracam siebie prawdziwą. Tą romantyczną i wrażliwą dziewczynę. Ganię się za to, że mimo wszystkich mych ćwiczeń dalej nie umiem być sama ze sobą zrównoważona, być w harmonii i stałym normalnym życiu i szczęściu. Dalej zdarzają się sinusoidy nastrojów i poczucie bezsensu życia. I właśnie te obrażanie siebie za te swoje słabości, które nie znikają, chyba też dokłada oliwy do ognia. Najlepsze jest to, że ja mam idealną ŚWIADOMOŚĆ tych wszystkich rzeczy, ale mózg i tak zapomina o tej świadomości, otumania mnie i sabotuje. 

Mam nadzieję, że po prostu dalsze moje ćwiczenia duchowe mnie wspomogą. Bo patrząc na poprzednie lata to mimo wszystko było jeszcze gorzej niż teraz. A lata ćwiczeń sprawiły, że umiałam żyć w matriksie całkiem nieźle i dbać również o ducha. Ale mam chyba poczucie winy, że nie jestem tym uduchowionym przewodnikiem duchowym, który miał zmieniać ludzkie umysły na lepsze, na którego część życia próbowałam się kreować. Że nadal jestem słabym, zagubionym człowiekiem, który po prostu próbuje tu jakoś przeżyć i którego ego dalej rucha bez mydła. A może właśnie to też powinnam pokochać? I nie ganić się za to, że jestem zwykłym człowiekiem, a nie jakimś przebudzonym GURU?? :P Teraz po prostu piszę to wszystko bo musiałam się zwyczajnie wygadać, z racji tego, że dawno już nie miałam takich stanów, no zaskoczyło mnie to. 

Wiem, że dużą przyczyną może być, że jestem dość autystyczna. Że zbyt długie nastawienie na pewne bodźce rozwala mnie od środka i przywraca wszelkie zagojone wcześniej traumy i przekonania. Naprawdę dobrze się ukrywam udając normalną kobietę.  Ale ten autyzm- kiedy następuje takie przeciążenie bodźców zewnętrznych, mimo, że pracuję nad  tym latami i żyję jak matrixowy człowiek naprawdę w większości ostatnich lat, to ten autyzm mój kochany uderza ze zdwojoną siłą. Ta mała naiwna, bezbronna, wrażliwa, nieświadoma i infpowa K pisząca wierszyki i płacząca samotnie nad swoją miernością odzywa się i śpiewa pieśń starej K. I wśród całego mojego rozwoju tego autyzmu zapomniałam pokochać. 

No właśnie. Przez ten cały czas kiedy praktycznie nie udzielałam się w przestrzeni internetowej sklejałam mój umysł. Sklejałam kawałeczki umysłu. Ćwiczyłam wdzięczność, miłość własną, ale raczej powierzchownie (jak teraz to widzę), skupianie się na tu i teraz, wychodzenie ponad ego i całkiem nieźle mi to szło. I robiłam to po to by uciec od nigdy nie dających się usunąć traum i uczuć z mej podświadomości. Zapomniałam o jednym: o tym, że to jest częścią mojej osoby i żeby móc żyć dalej szczęśliwą trzeba to zaakceptować w pełni. Wiedziałam o tym, ale we ferworze wszystkiego innego zapominałam o całkowitej akceptacji (a nie tylko odsuwania) swoich wad, przywar, nieprzyjemnych uczuć, głębokich traum i przekonań (bo przyjemne oczywiście już dawno zaakceptowałam), które zbudowały moją całą dzisiejszą psychikę. Które tworzą mnie i są piękne, jak i JA jestem piękna taka jaka jestem z całym zestawem w mej podświadomości, duszy i co tam jeszcze...I na serio, no przestać traktować ten mój mózg, aż tak poważnie, a jednocześnie mieć do niego szacunek, zrozumienie i AKCEPTACJĘ.

Co ciekawe dzięki treningom zdarzało mi się wskakiwać na wibracje błogości i nieopisanej miłości. Bywały dni, że miałam nastrój jak na jakimś dobrym haju. Kochałam wszystko i wszystkich, wszystko było dla mnie energią miłości. Cudowny stan, jednakże nie da się tak codziennie...życie jest jakie jest i ten stan to bardzo miły dodatek po prostu. Byle w przyszłości zdarzał się jak najczęściej, a inne stany to były sany neutralności, równowagi wewnętrznej i spokoju mimo przeciwności. 

DOBRZE, ale zakończę ten monolog pytaniem: co dalej, jaką podejmę decyzję na temat mojej duchowości i jednoczesnej pracy w korpo, która mnie przebodźcowuje z każdej strony?? Najlepsze jest to, że nie wiem. Trzymam się z decyzją opuszczenia tej pracy do około końcówki maja i wtedy albo złożę pod koniec czerwca wypowiedzenia, albo zostanę kolejny rok do końca mojego kontraktu. Na pewno ten wpis tutaj mi pomógł pozbierać wszystkie poplątane myśli do kupy i nabrać dystansu. Na pewno mam też dużo takich swoich własnych poradników napisanych na mym komputerze i telefonie, w których pisałam o tym jak przetrwać w korpo i chyba powinnam je czytać częściej w obecnym czasie. A co będzie w maju to naprawdę nie wiem. Może ten wpis i notatki naprawdę pomogą mi podjąć decyzję, może robienie po prostu swojego na tyle ile mogę i umiem pod względem moralnym i intelektualnym i nie zważanie zupełnie na nic innego w tej robocie? Zobaczymy. Jeśli ktoś to przeczyta to mam nadzieję, że jakoś mu to pomoże. Nie wiem jak miałoby to komuś pomóc, ale wolałabym aby pomogło lub chociaż zostało neutralne, a nie zaszkodziło. No to wysyłam w przestrzeń internetową, mimo wszystko wiele radości i miłości- tak po prostu. Choć sama nie mam na tę chwile tego wiele, to wiem, że wysyłając ją wszech i wobec ona się pomnoży. Jak zawsze :)

"Za każdą frustracją kryje się jakieś przekonanie. Im dłużej je pielęgnujemy, tym silniejszy wpływ wywiera na nasze życie. Przytłaczającą większość decyzji podejmuje podświadomy mózg, który działa setki tysięcy razy szybciej niż mózg świadomy, racjonalny. Przekonania decydują nie tylko o tym, jaką decyzję podejmujemy, ale też jakimi emocjami reagujemy".




piątek, 19 listopada 2021

Jesień. 19.11.2021

 Kolejna wspaniała jesień w Polsce. Szara, mroczna i zimna obecnie, choć wcześniej ciepła i słoneczna. Obydwie wersje kocham. Żyję, choć czasem jeszcze ponure myśli zapętlają się w mej głowie. Ale...to chyba normalne- jestem tylko człowiekiem, skórą, kośćmi i neuronami. Skończyłam 6 listopada 27 lat i jakoś nie umiem w to uwierzyć. Czuję się w środku znacznie młodziej i tak młoda chce pozostać. Trochę jak dziecko. Bycie trochę jak dziecko pozwala mi tu trwać, cieszyć się małymi rzeczami, czuć beztroskę i naiwną otwartość itd. 

Zaszło nieco zmian w moim życiu. A więc: tak jak mówiłam, że nie wezmę nigdy ślubu (a miałam go w lipcu), tak mówiłam, że nigdy nie pójdę pracować do korporacji, ale takiej przez duże K, korporacji z prawdziwego zdarzenia. Zawsze korporacje kojarzyły mi się z fałszem, wyzyskiem, toksycznymi ludźmi, presją na wyniki w tabelkach, biegnącym do przodu wyścigiem szczurów i nadmiernym rozwojem i tak już zepsutej cywilizacji. A jeśli ktoś zna mnie choć trochę to wie, że jestem w chuj wrażliwa, uduchowiona, kocham prawdę i dobro. Właściwie przy tej pracy trzyma mnie głównie jedno: moje ciało odpoczywa, siedzę tam przy biurku na dupie. Poprzednie moje prace były stritce fizyczną robotą, noszeniem ciężarów itp. Plecy mi nie służyły, ale może po prostu za mało o nie dbałam po pracy. 

Mimo jednak, że siedzę na biurku przy dupie nie jest to chyba dla mnie. Czasem marzę by wrócić do mniej zobowiązującej psychicznie pracy i nawet żeby mnie ręce, plecy bolały- bo nie chcę z nikim rywalizować, biec ze szczurami, ani nic z tych dziwnych korporacyjnych rzeczy, które "pod koniec dnia" nie mają żadnego znaczenia. Przewija się masa (często niemiłych-choć to czasem za małe słowo na nich) klientów, z którymi jest mus na podpisywanie jak najdroższych umów, dosprzedawanie im kolejnych i kolejnych rzeczy. Ciśnienie szefa jest niesamowite- niezły z niego psychopata (można to odebrać jako komplement).  Moja intuicja czuje, że on chce manipulować każdym, a że jest przystojny i pracuje tam większość kobiet, to mam wrażenie, że on silnie sugestywnie na nas działa, co już odkryłam i się nie daję, ale niektóre z kobiet dają się nabierać i myślą, że do nich zarywa czy coś takiego. 

Tak się codziennie zastanawiam czy być w tej pracy czy rzucić ją w pierony? Są też zalety: rozwój zawodowy, nieprzemęczanie ciała przerzucaniem ciężarów i ogólnie poznawanie siebie i życia od tej bardziej mrocznej strony czyli no ROZWÓJ, uczenie się nowych rzeczy, sytuacji, nabywanie siły...no właśnie! Myślałam, że jestem silna, ale to jeszcze nie było to, teraz uczę się prawdziwej siły, bo opracowuje plan jak tam być, trwać w tej korporacji. Głównie uczę się by całkowicie wyłączać Ego na czas pracy i być dla wszystkich napotkanych ludzi NEUTRALNĄ, bez uczuć, z kulturą i ogładą. I może będzie ok. A jeśli mnie wyrzucą bo będę miała za małe wyniki? To dobrze, w sumie pójdą mi na rękę. Przystanek korporacja w moim życiu to po prostu kolejna lekcja, którą dobrowolnie moja dusza wybrała by poznawać, doświadczać, uczyć się. A co będzie później? Och marzę, marzę o górach, polach, zielonych lasach, własnym gospodarstwie, tworzeniu sztuki, hipnoz, otwarciu się całkowitym na poezję i muzykę i jeśli pożyję ileś lat to wszystko to porobię ;) ;*

wtorek, 27 lipca 2021

Nie załączaj tego jeśli jesteś matrixowym robotem i jeśli masz zdrową psychikę (NIE, nie masz).

Uwaga: jeśli ten post w miarę mi wyjdzie to umieszczę go na YT w formie czytanej. (bo nie umiem raczej ładnie mówić od siebie, tak mi lepiej przekazać myśli, a jak mówię to zapominam o 70% rzeczy)

Mam już prawie 27 lat i mogłabym twierdzić, że wiem na czym ten świat stoi. Mówiąc bardzo generalnie: duchy, po prostu istoty subtelne z tzw. Nieba przybierają formę materii by doświadczać tej formy i w takim stopniu zaawansowania duchowego jakie jest na tzw. Planecie Ziemia. Tzw. Duchy, Dusze mogą też po zakończeniu życia na Ziemi, odradzać się w przeróżnej gęstości ciała, na przeróżnych planetach zupełnie odmiennych od Ziemi w strukturze i czymkolwiek innym. My przyjrzymy się życiu na Ziemi bo teraz obecnie się tu znajdujemy. Jednak dlaczego dusze chcą się rozwijać? Można drążyć i drążyć, ale wszystkie odpowiedzi i tak w końcu zaprowadzą do Źródła. Czyli chuj wie czego (to jest z tych pytań o nieskończoność czy sens życia). Źródło jest czymś w rodzaju Boga, wszechmocnej, wszechwiecznej mocy, która tworzy wszystko, każde istnienie materialne, niematerialne i sama w sobie jest najwyższą formą nieśmiertelnego istnienia. Źródło w samej swojej istocie jest piękne i doskonałe, najidealniejsze dlatego wszelkie istoty stworzone przez Źródło lepiej lub gorzej lub po prostu po swojemu starają się dążyć do Źródła, poznając w sobie samych jego różnorodność, dobro, zło, biedę, bogactwo, przeróżne style życia w różnych ciałach na różnych planetach. Im więcej tego doświadczają tym stają się bliżsi Źródłu. Podobnież gdy już dotrą do Źródła łączą się z nim w wiecznej błogości, który nigdy się nie nudzi i jest po prostu zajedwabiście. Także trafiliśmy akurat tu na Ziemię bo tak wybrała nasza dusza. Chciała doświadczyć życia na Ziemi, życia gdzie nasze ciała i mózgi są bliskie zwierzętom, gdzie panuje niesprawiedliwość, ból, gdzie pojęcie między dobrem a złem jest zatarte, a wszystko jest w odcieniach szarości, a jednocześnie ta dusza może poczuć to wspaniałe materialne ciało, dotykać tak gęstej materii w postaci innych ciał, natury i tworzyć, tworzyć piękne, skomplikowane rzeczy czynem i myślą. 

Jako człowiek, młoda kobieta na tej Planecie jestem średniakiem. Mimo, że mówię o oświeceniu duszy byście ja i Wy mogli przechodzić na bardziej wyklarowane planety w kwestiach etycznych, moralnych, gdzie nie panuje tyle bólu co na Ziemi, to mówiąc o tym pięknym rozwoju duszy sama popełniałam masę błędów. Robię mnóstwo rzeczy, które szkodzą innym, szkodzą środowisku i tej planecie, a moje Ego chce często czuć się bezpiecznie i bardzo ważnie, dlatego czasem zachowuję się jak każdy z nas: kłamię, zazdroszczę, przechodzę na zbytni materializm, chcę czuć się ważna dla innych, przejmuję się egotycznymi sprawami np. czuję się lepsza lub gorsza od innych, myślę negatywnie o sobie i ludziach. Chcę nawet zostać księgową czy kimś w tym rodzaju by przestać przeginać sobie plecy i psychikę w sklepach spożywczych, dyskontach itp. I by zarobić w końcu na wymarzoną małą, własną chatkę. Choć moja dusza głęboko, bardzo głęboko marzy o pomocy ludziom (choć zranili ją na maksa w tym człowieczym życiu). Chyba wielu z Was takich jest, chyba każdy z Was ma coś ze mnie w swoim dążeniu przez to życie. Czy to źle? No chyba właśnie nie. Każdy z nas mimo, że odmienny ma podobne odczucia i po prostu jest duszą, która potrzebuje rozwoju, której los jest powierzony Źródłu i ze Źródła czerpie drogę i inspirację. Duszą która musi doświadczać dobro i zło, która musi mieć pojebane w tej ludzkiej głowie, bo taka właśnie to ludzka głowa jest, że tworzy piękne i ohydne myśli, że pozwala człowiekowi być zarówno okrutnym, jak i dobrym. Dusza musi doświadczać biedy, bogactwa, bycia gwiazdą, kimś ważnym w społeczeństwie i bycia babcią kolzetową, sprzątaczką albo pracownikiem produkcji niszczącym sobie kręgosłup przy ciężkich maszynach. 

Więc proszę Was jeszcze raz i konkretnie. Nie smućcie się, nie zagalopowujcie się w dążeniach, w wyścigach szczurów, stańcie na chwilę i pomyślcie skąd jesteście i kim chcielibyście być. 

Ps. może to co w życiu wybieramy, a co wydaje się nam nie do końca trafione jest naszym przeznaczeniem tak naprawdę? Może ta księgowa to nie przypadek i dzięki temu komuś pomogę? Chciałabym ;) Do następnego wylewu myśli. Papa

czwartek, 4 marca 2021

Oj Michalinko, Michalinko

 Czas już skończyć być zależnym od emocji. Po cóż one? Po cóż te wpisy poprzednie? Są one historią rozwoju, tego jak przeszłość i nieświadomość wpływała na mnie. Ale teraz koniec z tym. Życie to życie, dusza to dusza. Emocje są niepotrzebne i tylko ciążą. Poprzednia praca upewniła mnie w pewnych kwestiach o których pisałam już wcześniej i ostatnio. Pełne wyjebanie. Pozdrawiam. 


środa, 3 marca 2021

Nie wiem jaki dać tytuł.

 Za oknem cudowna wiosna się budzi do życia. A ja wracam, wracam do dawnych stanów, choć wiem, że to głupie i irracjonalne, ale uderzył mnie, uderzył całkowicie ten świat, ten matrix, te absurdy, te ewolucyjne zapędy w ludziach, które nie mają litości ani miłości. Nie chcę by ktokolwiek na mnie patrzył, nie chcę podejmować żadnych interakcji z ludźmi, nie chcę od nich nic. Może jedynie utonąć w muzyce, bo w bagnie życia i patologii utonęłam już dawno. Czasami nagram jakiś podcast, jak będę miała potrzebę się wylać. 

Ach...czemu kiedy pokazuję swoją wrażliwość i bunt przeciwko np. wyzyskowi to ludzie traktują mnie gorzej, chcą niszczyć, pokazują swoją dominację? Bo to pierdolony ewolucyjny dołek. I nie ważne kto to, czy rodzina, czy partnerzy czy znajomi z pracy czy skądkolwiek indziej. Ludzie kiedy wyczują czyjąś wrażliwość gdzieś już nawet wewnętrznie ją unicestwiają. Skoro więc jestem wrażliwą ofiarą, która chce tylko kochać bezgranicznie, otwarcie, szczerze i być dobra dla ludzi, to raczej powinna żyć sama. Zamknąć się gdzieś, żyć sama, bo tu po prostu nie pasuje. Oczywiście trzeba coś robić w życiu, ale jako cichociemna, małomówna, szara i niewidoczna. 

Czasem sobie myślę...przeżyłam już tyle pięknych, ale i bolesnych lecz doświadczających chwil. Po co dalej się uganiać za ego, którego nie chcę, a mieć muszę? Męczy mnie noszenie masek, życie na siłę. I tyle...ale wiosnę, jesień, muzykę i poezję kocham nadal i niezmiennie. 

środa, 16 września 2020

Mroki. Ukochane mroki.

 Jest wieczór, świerszcze grają, a ja słucham doom metalu i wspominam przeszłość. Ciemność spowija. Lubię to robić, choć nie powinnam. Walczę ze sobą, jak to często bywa. Czuję ból...mimo, że jestem zupełnie inna, silniejsza niż kiedyś- nadal czuję ból duchowy. Nadal zabija mnie wrażliwość. Nadal zabija mnie bezsens. Czepiam się skrajności, tylko skrajności i nie chcę brać leków...może spróbuję olejku CBD, a może to normalne? W dobie internetu dowiedziałam się jednego: że każdy ma jakiś problem z samym sobą. Powiem więcej: im więcej ludzi widzę, poznaję tym dostrzegam, że mózgi to nasze więzienia. Ale cóż z tym można zrobić? Jebać to. Mój mózg walczy ze mną i chce bym dostosowywała się do społeczeństwa, jakichś tam różnych norm na przeróżnych płaszczyznach życia. Jebać go głęboko. Ale właśnie z tego powodu jedną z decyzji jaką teraz podejmę będzie zrezygnowanie (chyba, że na serio mnie coś najdzie) z YT. Wszystko co tam opowiedziałam pozostawię i może się komuś przyda. Wszystko co tam mówiłam tak naprawdę sprowadzało się do jednego i właściwie na te tematy jest cała masa o wiele lepszych filmów czy materiałów w Internecie. Poza tym nie ani trochę jestem fotogeniczna :)

Co u mnie? Nowe, piękne mieszkanie i jakoś tak leci z dnia na dzień. Teraz potrzebuję tylko natury, muzyki i tej jednej jedynej duszy, która jest cudowna <3