poniedziałek, 27 marca 2023

27.03.2023! Spowiedź.

 O kurczę, całkiem zapomniałam, że kiedyś tu coś pisałam. Ostatnio jednak zaś nawiedza mnie coś na kształt melancholii i tak jakoś intuicja mnie tu znów zaprowadziła. Przeczytałam swoje poprzednie wpisy, też i te sprzed lat. Wywołało tu u mnie jednocześnie smutek i sentyment. Miły sentyment. Jakże wpisy te były pełne dramatów wewnętrznych, romantyzmu i brudnej poezji.

No i ileż mogę napisać! Za dużo by tego było. Normalnie spędziłabym cały dzień opisując całe te lata. Dlatego opiszę tylko ostatnie uczucia. To zresztą te, które przyprowadziły mnie znów tu.  Hmm...piszę w sumie to wszystko z przerwami i tak naszło mnie, że napiszę tyle ile po prostu mi się uda.

A ja? Mam już 28, no prawie 29 lat. Jakoś dalej nie mogę w to uwierzyć, bo...te dramaty dotykają mnie do dzisiaj. 

Ale...nawiązując do wpisów sprzed lat...

To niesamowite jak zmieniło się moje życie od tego czasu. Robiłam rzeczy zupełnie sprzeczne swojej naturze. Zaczłowieczyłam się, wchłonęłam w system. I co z tego wyszło?

Zajebisty mąż, praca w korporacji sprzedażowej, kupienie praktycznie z większości oszczędności mieszkanka w miłym miasteczku przy Beskidzie Małym. Choć są to sprawy dość materialne, poza mężem, który duchowo jest jedyną odskocznią od tego matrixa (choć musimy też razem jakoś się w nim odnajdywać). Jest moją bratnią duszą i gdyby go mi zabrakło to tkwienie w tym matrixie nie miałoby dla mnie już jakiegokolwiek znaczenia. Chyba całkiem wtedy zdziczałabym ;)

Poza tym o wiele mocniejsza psychika i intuicja. Jednak z tym bywa jeszcze różnie. Tak na serio nadal jestem tą starą dziewczyną, z tych starych wpisów. Jedynie umiem więcej udawać i tworzyć wokół siebie pewne otoczki oddalające mnie od tego co tak naprawdę wciąż we mnie głęboko siedzi. 

Zawsze kiedy wpadałam w ogromne depresje, zwykle po prostu żyłam sobie z dnia na dzień, robiąc to samo co zwykle, tyle ile mogłam. I właśnie zdaje sobie sprawę z tego, że: dlaczego być przy tym życiu smutnym, a nie jednak wesołym? Łatwo jest jednak tak powiedzieć, bo ostatnio mój mózg totalnie się buntuje i kompletnie nic na mnie nie działa. Wiem o tym, że są gorsze problemy, że nic tak naprawdę złego mi się nie dzieje, że tak naprawdę mam zajebiste życie, a nawet gdyby nie to każdy w życiu miewa gorsze wydarzenia i po prostu musi sobie z tym radzić bo i tak to tylko życie, które równoznaczne jest z rozwojem i śmiercią. Każdego dnia przybliżające nas do niej. Jednak kiedy chemia w mózgu jest inna, coś nie styka na mam wrażenie biologicznym też poziomie- nic nie poradzę, bo nie wiem już jak. Automatycznie już od dłuższego czasu zalewają mnie masy niekończących się, powtarzających wciąż i wciąż jak zmora myśli, dysonanse osobowościowe, smętne nastroje, brak siły i mobilizacji. Jedynie wiem, że takie sytuacje mijają z czasem. Mimo wszystko mam ich na przestrzeni lat coraz mniej. Kiedyś to w ogóle miałam tak praktycznie codziennie. 

Zaczynam więc robić autoterapię. Skąd się to u mnie wzięło? Te ostatnie melancholie. Myślę, że to przez przebodźcowanie niedawnymi wydarzeniami. Śmierć teściowej, wyprowadzka i długi remont mieszkania, ciągłe dążenie do doskonałości duchowej i chyba najbardziej: praca w korporacji. Wiedziałam-kiedy tam się przyjmowałam-jak działają korpo, szczególnie te nastawione na ciągłą i aktywną sprzedaż. Jednak wtedy, te prawie dwa lata temu nie byłam duchem korpo tak przesiąknięta. Byłam świeża i ciekawa tego doświadczenia (myślałam, że długo tam nie pobędę, bo mam negatywne przekonania na temat korporacji i ich wpływu na cywilizacje) i miałam tam swego czasu sporo szczęścia trafiając na super klientów. Zarabiałam bardzo dużo jak na polskie warunki i dzięki temu mogłam sobie pozwolić na kupienie swojego mieszkania, nie biorąc hipoteki, a jedynie malutki kredyt, którego spłata wynosi tyle samo co opłacane przeze mnie mieszkanie na wynajem. Jednak po prawie dwóch latach zaczęłam się chyba wypalać. Codziennie 12godzinne rozmowy z ludźmi o różnych charakterach i nastrojach (gdzie no jestem raczej introwerykiem z natury), ciągłe zmiany tego co powinnam wiedzieć i umieć np. regulaminów sprzedażowych, przez 12 godzin logiczne myślenie i kombinowanie jak tu komuś coś sprzedać (gdzie ja nigdy nie przepadałam za logiką, z matmy i fizy zawsze słabe oceny), ciągłe (nie przesadzam) trąbienie z każdej strony o wynikach, słupkach i tabelkach...itd. Dużo bym mogła jeszcze pisać. I jestem w cholernym dysonansie: bo mimo wszystko lubię tę pracę za to, że mam wspaniale rozplanowany czas wolny, że bywa tam czasem fajna atmosfera, że rozwijam się w jakiś sposób, idzie tam nieźle zarobić (czasem więcej niż w zwykłej fizycznej pracy), mimo, że teraz mam cosik mniej szczęścia na opłacalne umowy i takie, które trzymają mnie na górze tabelek. I właśnie, że nie mam już takiego szczęścia, po prostu nie wygrywam losowania na klientów (bo w tej firmie klienci losują się za pomocą programu informatycznego do stanowisk), a może nawet nie jest to kwestia szczęścia (choć tego do końca nie jestem pewna), a tego, że nawał ciągłych rozmów z ludźmi, ciągłych zmian regulaminów i tego co powinnam umieć, ciągła presja na wciskanie wszystkiego wszystkim i częste mniejsze lub większe oszukiwanie lub zbywanie ludzi (nawet bardzo miłych i fajnych dziadków) SPRAWIA, że mój mózg jest przeciążony zarówno intelektualnie jak i moralnie. Jak wracam z pracy mam ochotę unikać męża, unikać ludzi, mam natarczywe myśli o pracy, o tym co się np. działo w jej trakcie i nie umiem się tego za żadne skarby pozbyć (spacer, kąpiel, medytacje już tak nie pomagają). Wkurza mnie też tak wewnętrznie i zalewa mnie myślami też jeszcze jedna kwestia. Że w takiej korporacji trzeba patrzeć tylko na siebie, być samolubnym, lisio inteligentnym psychopatą, by w tym momencie (inflacji) radzić tam sobie dobrze. Klienci nam się losują i różnie trafiają, ale mam wrażenie, że mimo wszystko bycie psychopatą bardzo pomaga coś komuś wciskać. Mówiąc "psychopata" mam na myśli kogoś fałszywie czarującego, który myśli tylko o tym jak tu kogoś oszukać i wycisnąć z niego wszystko pod względem finansowym, jak klienta zmanipulować, jak "zaczarować" go by wyglądać na osobę, która nie myśli tylko o swoim zysku i jak szybko wykombinować w systemie możliwość wciśnięcia mu kolejnej umowy czy sprzętu (co ostatnio mi zbytnio nie idzie pod względem logistycznym i wydaje mi się irracjonalne, z racji tego, że większość ludzi tego co chcę mu sprzedać tak naprawdę nie potrzebuje, bo po te produkty ostatnio-tak jak kiedyś- nie przychodzą za bardzo). Wkurza mnie bycie albo lwem albo antylopą. Staram się mimo wszystko być czymś pomiędzy ofiarą i łowcą, ale ostatnio naprawdę już mnie to niesamowicie przeciąża intelektualnie, moralnie, psychicznie po prostu. 

I mogłabym tu sobie napisać, że DZIEWCZYNO NIE PRZEJMUJ SIĘ, nie bierz nic na poważnie, ZEN, przecież sama wiesz, że najlepiej działa w życiu : miej wyjebane, a będzie Ci dane....ale wiecie co? To nie działa jak jest się wystawionym przez większość czasu ostatniego życia na takie różne bodźce. Bez przerwy i bez przerwy ciągle korporacja w mej głowie. To chore, za dużo tam pracowałam ,ogarniałam, za bardzo się zaangażowałam uczuciowo- bo to trochę jak toksyczny związek ;) Strasznie wciąga to korpo życie, szczególnie jak przez wiele miesięcy zarabiało się kupę kasiory i było się na samej górze tabelki wśród pracownika miesiąca. Odkryłam, że nie mam tak naprawdę przepracowanego ego do końca i nigdy go nie będę miała przepracowanego- to kolejna iluzja newagowskiej religii o duchowości i oświeceniu. Ego będzie ze mną do końca życia, bo to ono właśnie w tym na wpół zwierzęcym matriksie pozwala mi przeżywać. Np. odpowiednio reagować na różne sytuacje stresowe w pracy i życiu. I jedynie nie wystawianie się ciągle na takie różne bodźce może dać mi zaś spokój wewnętrzny. Jednak tak jak już mówiłam, kurczę no, szkoda mi rzucać tej pracy, bo poza tym co napisałam, ma jednak swoje plusy, których być może nie znajdę w innej.  A świat i tak jest jaki jest, korpo się rozwijają, cywilizacje wzrastają i upadają, ludzie to zwierzaki po części itd. i tak będzie, było i jest....Hmm...a może jednak znajdę te plusy w innej, mniej stresującej psychikę i mózg pracy?

Coś razem z tą jednoczesną miłością i nienawiścią do korpo jeszcze ze mnie drwi. A mianowicie mój "rozwój duchowy" i dążenie do jego doskonałości. Już od tak długiego czasu zbieram się by wydać medytację o równoważeniu czakr. A nie potrafię, często nie mam siły i weny na to. Nawet w sumie sama ostatnio nie mam tych czakr na odpowiednim poziomie, choć wydawało mi się przed tą deprechą, że mam je w zajebistym stanie. Wolę robić coś odmóżdzającego i mało praktycznego, bo też przez pracę w tej korpo zatracam siebie prawdziwą. Tą romantyczną i wrażliwą dziewczynę. Ganię się za to, że mimo wszystkich mych ćwiczeń dalej nie umiem być sama ze sobą zrównoważona, być w harmonii i stałym normalnym życiu i szczęściu. Dalej zdarzają się sinusoidy nastrojów i poczucie bezsensu życia. I właśnie te obrażanie siebie za te swoje słabości, które nie znikają, chyba też dokłada oliwy do ognia. Najlepsze jest to, że ja mam idealną ŚWIADOMOŚĆ tych wszystkich rzeczy, ale mózg i tak zapomina o tej świadomości, otumania mnie i sabotuje. 

Mam nadzieję, że po prostu dalsze moje ćwiczenia duchowe mnie wspomogą. Bo patrząc na poprzednie lata to mimo wszystko było jeszcze gorzej niż teraz. A lata ćwiczeń sprawiły, że umiałam żyć w matriksie całkiem nieźle i dbać również o ducha. Ale mam chyba poczucie winy, że nie jestem tym uduchowionym przewodnikiem duchowym, który miał zmieniać ludzkie umysły na lepsze, na którego część życia próbowałam się kreować. Że nadal jestem słabym, zagubionym człowiekiem, który po prostu próbuje tu jakoś przeżyć i którego ego dalej rucha bez mydła. A może właśnie to też powinnam pokochać? I nie ganić się za to, że jestem zwykłym człowiekiem, a nie jakimś przebudzonym GURU?? :P Teraz po prostu piszę to wszystko bo musiałam się zwyczajnie wygadać, z racji tego, że dawno już nie miałam takich stanów, no zaskoczyło mnie to. 

Wiem, że dużą przyczyną może być, że jestem dość autystyczna. Że zbyt długie nastawienie na pewne bodźce rozwala mnie od środka i przywraca wszelkie zagojone wcześniej traumy i przekonania. Naprawdę dobrze się ukrywam udając normalną kobietę.  Ale ten autyzm- kiedy następuje takie przeciążenie bodźców zewnętrznych, mimo, że pracuję nad  tym latami i żyję jak matrixowy człowiek naprawdę w większości ostatnich lat, to ten autyzm mój kochany uderza ze zdwojoną siłą. Ta mała naiwna, bezbronna, wrażliwa, nieświadoma i infpowa K pisząca wierszyki i płacząca samotnie nad swoją miernością odzywa się i śpiewa pieśń starej K. I wśród całego mojego rozwoju tego autyzmu zapomniałam pokochać. 

No właśnie. Przez ten cały czas kiedy praktycznie nie udzielałam się w przestrzeni internetowej sklejałam mój umysł. Sklejałam kawałeczki umysłu. Ćwiczyłam wdzięczność, miłość własną, ale raczej powierzchownie (jak teraz to widzę), skupianie się na tu i teraz, wychodzenie ponad ego i całkiem nieźle mi to szło. I robiłam to po to by uciec od nigdy nie dających się usunąć traum i uczuć z mej podświadomości. Zapomniałam o jednym: o tym, że to jest częścią mojej osoby i żeby móc żyć dalej szczęśliwą trzeba to zaakceptować w pełni. Wiedziałam o tym, ale we ferworze wszystkiego innego zapominałam o całkowitej akceptacji (a nie tylko odsuwania) swoich wad, przywar, nieprzyjemnych uczuć, głębokich traum i przekonań (bo przyjemne oczywiście już dawno zaakceptowałam), które zbudowały moją całą dzisiejszą psychikę. Które tworzą mnie i są piękne, jak i JA jestem piękna taka jaka jestem z całym zestawem w mej podświadomości, duszy i co tam jeszcze...I na serio, no przestać traktować ten mój mózg, aż tak poważnie, a jednocześnie mieć do niego szacunek, zrozumienie i AKCEPTACJĘ.

Co ciekawe dzięki treningom zdarzało mi się wskakiwać na wibracje błogości i nieopisanej miłości. Bywały dni, że miałam nastrój jak na jakimś dobrym haju. Kochałam wszystko i wszystkich, wszystko było dla mnie energią miłości. Cudowny stan, jednakże nie da się tak codziennie...życie jest jakie jest i ten stan to bardzo miły dodatek po prostu. Byle w przyszłości zdarzał się jak najczęściej, a inne stany to były sany neutralności, równowagi wewnętrznej i spokoju mimo przeciwności. 

DOBRZE, ale zakończę ten monolog pytaniem: co dalej, jaką podejmę decyzję na temat mojej duchowości i jednoczesnej pracy w korpo, która mnie przebodźcowuje z każdej strony?? Najlepsze jest to, że nie wiem. Trzymam się z decyzją opuszczenia tej pracy do około końcówki maja i wtedy albo złożę pod koniec czerwca wypowiedzenia, albo zostanę kolejny rok do końca mojego kontraktu. Na pewno ten wpis tutaj mi pomógł pozbierać wszystkie poplątane myśli do kupy i nabrać dystansu. Na pewno mam też dużo takich swoich własnych poradników napisanych na mym komputerze i telefonie, w których pisałam o tym jak przetrwać w korpo i chyba powinnam je czytać częściej w obecnym czasie. A co będzie w maju to naprawdę nie wiem. Może ten wpis i notatki naprawdę pomogą mi podjąć decyzję, może robienie po prostu swojego na tyle ile mogę i umiem pod względem moralnym i intelektualnym i nie zważanie zupełnie na nic innego w tej robocie? Zobaczymy. Jeśli ktoś to przeczyta to mam nadzieję, że jakoś mu to pomoże. Nie wiem jak miałoby to komuś pomóc, ale wolałabym aby pomogło lub chociaż zostało neutralne, a nie zaszkodziło. No to wysyłam w przestrzeń internetową, mimo wszystko wiele radości i miłości- tak po prostu. Choć sama nie mam na tę chwile tego wiele, to wiem, że wysyłając ją wszech i wobec ona się pomnoży. Jak zawsze :)

"Za każdą frustracją kryje się jakieś przekonanie. Im dłużej je pielęgnujemy, tym silniejszy wpływ wywiera na nasze życie. Przytłaczającą większość decyzji podejmuje podświadomy mózg, który działa setki tysięcy razy szybciej niż mózg świadomy, racjonalny. Przekonania decydują nie tylko o tym, jaką decyzję podejmujemy, ale też jakimi emocjami reagujemy".




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz