poniedziałek, 23 listopada 2015

Ostatnio KTOŚ

Ostatnio ktoś (nieważne kto) tak zrąbał mi psyche, że naszła mnie niesamowita wena na pisanie.
Kiedy jest się szczęśliwym tematy się wyczerpują, zapał i pasja zanikają. Kiedy jest się smutnym, a nawet zrozpaczonym to sztuka tworzy się sama. Jeśli nie piszesz lub nie jesteś gwiazdą rocka to Twoją sztuką jest życie.
Jest wtedy niezmiernie piękne i przejrzyste. Ostatnio nie miałam weny żadnej, przez tak długi czas czułam błogie szczęście. Czasem miło się posmucić. Kiedyś nawet to uwielbiałam. Słuchałam nadto muzyki gotyckiej czy depresyjnego metalu. Doszłam do wniosku- zresztą już dawno- że wszystko jest nam potrzebne. Więc nie marnuj czasu: biegaj, skacz i tańcz, rób co lubisz i co chcesz (nawet jeśli jest to wkurzanie innych ludzi), nie zastanawiaj się czy inni Cię lubią, to Ty masz wybierać czy lubisz kogoś z nich, bądź sobą, nie żyj czyimś wyobrażeniem Ciebie, bo na starość będziesz żałować itd. To wiadomo.

Przyjmuj zło (cokolwiek dla Ciebie znaczy), bo jest ono w tym Wszechświecie tak samo jak to kim jesteś i co lubisz. Wszystko Cię wówczas rozwinie do granic.


środa, 4 listopada 2015

Brak nihilizmu?

Spierdalajcie wy wszyscy jebani idealiści i niezależni kierownicy własnego losu nadawanego wam przez fale transmisyjne i teledyski! I wy, którzy myślicie, że wszystko jest niczym, niczego nie ma, że rzeczywistość to NIC.
Ostatnio poczułam, że ja! Taki mały dziubasek, niewiele znaczący, jest bardziej rzeczywisty niż wam się wydaje.
W poniedziałek wieczorem czułam, że umieram. Złapałam potwornego wirusa, który w szybkim tempie zaczął się namnażać. Najpierw czułam się coraz bardziej słabo, aż padłam na łóżko. Dostałam ciężkiego bólu głowy i ogromnej prawie 40stopniowej gorączki. Byłam gorąca jak piecyk. Z relacji wynika, że majaczyłam. Pamiętam, że miałam wiele strasznych wizji, które mimo wszystko mnie śmieszyły. Bałam się, a jednocześnie byłam szczęśliwa, w czasie gdy moje białko szykowało się powoli do ścinania. Gdybym była sama w domu, nie byłabym w stanie sobie pomóc. Na szczęście w domu był mój Ukochany, który co chwila coś mi podawał- zioła, nalewki, leki, okłady...po trzech godzinach gorączka spadła. Co dziwne, w czasie gdy próbował ze mną złapać kontakt, robiłam sobie żarty, przekomarzałam się, ledwo co mówiąc.  I szczerze?    Trochę mnie to zdziwiło, że czasie gdy przebywałam w tym nadzwyczajnym stanie połączenia chorej świadomości z nieświadomą podświadomością, byłam szczęśliwa.
Ogólnie od kilku lat pracowałam ze sobą, żeby choć trochę zapomnieć o przeszłości, przyszłości i tym co nieważne...i udało się. Gdy umierałam, byłam szczęśliwa.
Konkluzja?
Poczułam maximum siebie, tego co osiągnęłam, poczułam sens niepoddawania się, jasną drogę, poczułam WSZYSTKO, a nie n.i.c Kochani :)