Spierdalajcie wy wszyscy jebani idealiści i niezależni kierownicy własnego losu nadawanego wam przez fale transmisyjne i teledyski! I wy, którzy myślicie, że wszystko jest niczym, niczego nie ma, że rzeczywistość to NIC.
Ostatnio poczułam, że ja! Taki mały dziubasek, niewiele znaczący, jest bardziej rzeczywisty niż wam się wydaje.
W poniedziałek wieczorem czułam, że umieram. Złapałam potwornego wirusa, który w szybkim tempie zaczął się namnażać. Najpierw czułam się coraz bardziej słabo, aż padłam na łóżko. Dostałam ciężkiego bólu głowy i ogromnej prawie 40stopniowej gorączki. Byłam gorąca jak piecyk. Z relacji wynika, że majaczyłam. Pamiętam, że miałam wiele strasznych wizji, które mimo wszystko mnie śmieszyły. Bałam się, a jednocześnie byłam szczęśliwa, w czasie gdy moje białko szykowało się powoli do ścinania. Gdybym była sama w domu, nie byłabym w stanie sobie pomóc. Na szczęście w domu był mój Ukochany, który co chwila coś mi podawał- zioła, nalewki, leki, okłady...po trzech godzinach gorączka spadła. Co dziwne, w czasie gdy próbował ze mną złapać kontakt, robiłam sobie żarty, przekomarzałam się, ledwo co mówiąc. I szczerze? Trochę mnie to zdziwiło, że czasie gdy przebywałam w tym nadzwyczajnym stanie połączenia chorej świadomości z nieświadomą podświadomością, byłam szczęśliwa.
Ogólnie od kilku lat pracowałam ze sobą, żeby choć trochę zapomnieć o przeszłości, przyszłości i tym co nieważne...i udało się. Gdy umierałam, byłam szczęśliwa.
Konkluzja?
Poczułam maximum siebie, tego co osiągnęłam, poczułam sens niepoddawania się, jasną drogę, poczułam WSZYSTKO, a nie n.i.c Kochani :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz