piątek, 19 lipca 2019

Cu że?

Drogi pamiętniczku,
właściwie nie wiem od czego zacząć, bo tak dawno nie aktualizowałam swojego życia u Ciebie. Może zacznę od stanu aktualnego, który zresztą wypływa z ostatnich lat. Niezmierny bezsens życia, bezsens bardzo przemyślany, wręcz mistyczny. Nawet teraz zmusiłam się do napisania choć tych kilku słów. Bezsens wynika z bawienia się ze swoją psychiką, z praktykowania tak modnej w dzisiejszych czasach duchowości. Po prostu na przestrzeni wielu przeróżnych wydarzeń, doświadczeń z ludźmi głownie, zdałam sobie sprawę, że nie ważne co w życiu robimy, kim jesteśmy czy zwierzętami czy boskimi istotami, jak się czujemy, ile posiadamy, co umiemy, czym się zajmujemy, jak postrzegają nas inni, czy jesteśmy biedni czy bogaci- wszyscy skończymy wąchając kwiatki od spodu. Ludzie mogą walczyć, zabijać się o racje, idee, o prawa, o samych siebie, o swój własny byt i postrzeganie swojego życia czy ciała, o pierdolniki we własnych mózgach, mogą tańczyć w teatrach iluzji, odgrywać wszelakie role, mogą zmieniać świat, tworzyć, ale to i tak pójdzie na tym świecie w zapomnienie za sto, tysiąc, milion lat. A co jeszcze ważniejsze najwynioślejsze umysły nigdy nie dowiedziały się po co tu jesteśmy i skąd się wzięliśmy i raczej obecnie też się nie zanosi, że poznamy te podstawowe prawdy. Dlatego odkryłam coś bardzo prostego, trywialnego, najłatwiej rzecz ujmując nic specjalnego. Tym czymś jest jedynie nasza ludzka nadzieja na to, że nasza dusza nie zginie. Dlatego nie ważne jak to zrobimy, wystarczy po prostu być szczęśliwym, jednocześnie starając się szanować innych i nie czynić im zanadto krzywd. Można być każdym, robić wszystko. Na dobrą sprawę mi przyjemność sprawia zwyczajne proste życia. Praca, dom, podróże. Tak w skrócie. Nie muszę być kimś, czasami potworzę coś by wylać z siebie myśli. Nie muszę być kimś więcej niż człowiekiem, po prostu człowiekiem bez żadnych innych metek.
W sumie moje jakiekolwiek pisanie i aktywność internetowa zmniejszyła się już ponad 5 lat temu, kiedy to wzięłam się za dorosłe życie, wplątałam w przydługawy, toksyczny związek i wyjechałam do pracy za granicą, gdzie siedzę do dzisiaj, na szczęście już od roku bez toksycznej relacji. Długo by pisać, nauczyło mnie to dużo, byłam bardzo słabą istotką, dziś jestem silną kobietą i co ważne świadomą wielu, wielu społecznych i życiowych konwenansów. Mało rzeczy mnie rusza, umiem sobie radzić sama z problemami, wpadam na dobre rozwiązania, przepracowałam toksyczne dzieciństwo bardzo dokładnie i to co siedziało mi w głowie. Intuicja z roku na rok działa coraz lepiej. Kosztowało mnie to ostre depresje, kochane depresje. Dziś, kiedy mam już ułożone życie i praktycznie nic do stracenia, czuję pustkę. Kiedy żyję sobie prosto, zwyczajnie brakuje mi motywacji do czegoś większego- ale to przecież logiczne, sama sobie wytłumaczyłam, że nic w tym życiu nie jest ważne poza dążeniem do szczęścia. Oczywiście jestem, jestem bardzo szczęśliwa wewnętrznie i staram się nie robić ludziom cierpień, ale zwyczajnie dziwi mnie niezmiernie fakt, że w tym całym barłogu radości czuję pustkę. A może tak zgoła jest z ludźmi jako gatunkiem? Nieważne co by robił, jak bardzo posiadałby pokłady szczęścia w sobie, to będzie czuł jakiś drażniący nieco brak? Może tak jest...istotnie to co czuje nie jest ważne w ogóle. Po prostu sobie piszę, może potem nawet to opublikuje, bo dlaczego by nie? Czy ktoś ma podobnie? Może to zbyt szczere, ale uwielbiam szczerość. Do następnego Pamiętniczku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz