Od najmłodszych lat miałam takie głębokie poczucie, by nigdy nie robić nikomu krzywdy, być totalnie szczerą, otwartą, życzliwą, niesamowicie wrażliwą, empatyczną, pomocną nawet na niewielkie skinienia. Miałam tak dużo bezinteresownego dobra i wszechogarniającej miłości dla wszystkich ludzi. Nigdy nie szukałam zwady, powodów do zazdrości czy zrobienia komuś na złość. Wręcz odwrotnie. I nic materialnego, ani pożytecznego za to nie chciałam od ludzi. Po prostu pragnęłam z nimi żyć jak człowiek z człowiekiem, z szacunkiem i zrozumieniem. Dawać im swoją miłość, a szczególnie mężczyznom, z którymi planowałam przyszłość. Przez lata takiego działania, a było to działanie na oślep i razem z uczuciami nie patrząc na racjonalizm, nauczyłam się, że taka postawa daje mi tylko mocne oraz bolesne wyruchanie w dupę przez jakichkolwiek bym nie poznała ludzi, od rodziny, znajomych, po zupełnie przypadkowe osoby. Taka postawa jest przewspaniała i uważam, że tylko taka powinna istnieć, by powstał nowy świat nieskończonego dobra, życzliwości, miłości, harmonii, równości, tolerancji, szczęścia i radości wszystkich bez wyjątku, by każdy był dla siebie czystą miłością, bez tych negatywnych uczuć naszego ego i bez chorych gier naszych egotycznych umysłów. Ale tak nie jest. Po prostu...jest zupełnie na odwrót. Przez lata poznawania coraz to nowszych ludzi i tkwienia w rodzinie...wiem... Ludzie tylko czekają na taką osobę jak ja, robią sobie ze mnie ofiarę i sługę przez prawie 23 lata. Tyle. Trzeba być takim jak oni: manipulować świadomie czy nieświadomie, patrzeć materialnie na innych, patrzeć na użyteczność innych dla siebie, patrzeć na swój własny zad i chronić w razie niebezpieczeństwa tylko swój zad, głębokie uczucia schować do kieszeni, rozmawiać tylko o sprawach prozaicznych, słodko kłamać i trzymać ich na dystans, a nawet bywać niedostępną (co się bardzo opłaca bo ludzie zaczynają się nami interesować). Zresztą jakiekolwiek uczucia to bzdura. Teraz już wiem, że uczucia tylko przeszkadzają w życiu i ograniczają umysł.
Cóż czy naprawdę chcę być jak inni? Staram się mimo wszystko być sobą, ale już tylko dla nielicznych, takich ludzi można policzyć na palcach jednej ręki. Mimo tego i tak wiem, że Ci nieliczni też mogą mnie wyruchać jeszcze głębiej i boleśniej. Po prostu potajemnie wyśmiać, wykorzystać na jakiejś płaszczyźnie i zostawić jak burą sukę lub narobić kłopotów. Dla tych co nie robią mi problemów i są mi dosyć obojętni, jestem po prostu powierzchnie miła. To wszystko.
A co robię z uczuciami i wewnętrzną masą miłości? Przelewam je na teksty, nagrania i naturę oraz sztukę.
A tak poza tym jest wiosna. Przewspaniała. Zawsze wieczna i dobra. Pełna słońca i świeżości. Ona daje mi radość w mej samotni. Spacery po czeskich dolinkach i górkach, bieganie przy czeskich stawach przy cholernie melodyjnym świergocie ptaków...Samotność może nie być samotna i właściwie nie jest. Dobrze pożytkuje ją na cieszenie się z małych prostych rzeczy. Dobrego posiłku, kolejnego odcinku serialu, gorącego prysznica, nowo poznanej piosenki.
Byle to życie minęło...
!!!EDIT!!! Zapomniałam napisać o prawie lustra. O tym, że NIBY przyciągamy do siebie ludzi według tego co chowamy w sobie, w swoich myślach, w swojej podświadomości. W takim też razie przecież każdy z nas przyciąga takich ludzi. Gdziekolwiek jesteśmy spotykamy różnych ludzi. Czasem bardziej czasem mniej milszych. Jedyne co to inaczej na nie reagujemy. Każdy z nas nie ma klarownej, zupełnie anielskiej psychiki. Każdy ma jakieś bolesne przeżycia, choćby z dzieciństwa, zaszyte w podświadomości, które zostają tam do końca życia. A ludzie są jacy, są...są zwierzętami, ze szczątkiem duszy. Rzadko spotykałam ludzi, z którymi mogłabym być zupełnie sobą i zwykle Ci ludzie byli ze mną przez chwile, a potem szli swoją, własną drogą, sami obawiając się wszechobecnej toksyny...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz