środa, 7 czerwca 2017

All by myself

Siedzę i myślę
lub nie
i tak mija dzień.
Czasem filmik zapuszczę
co śmiesznym miał być
aż i nie chce się nic.
I nadal bez życia
żyję...
Tak się bawię
Nie piję
Trochę palę
I tyle.
Spoglądam na galaktyki
mej głowy wymysły
niech zostaną one.
W FORMIE NIENARUSZONEJ.

7 czerwiec 2017= PUNKT KULMINACYJNY DEPRESJI (MELANCHOLII)

Jak to jest, że będąc w głębokiej depresji już od wielu, wielu lat, jestem szczęśliwa?
Szczęście polega na tym, że nic nie potrzebuję.
Właściwie nigdy niczego nie potrzebowałam poza spacerem po najbliższym lesie, czy parku, leżeniem w cieniu na trawie, przeciągłą w uszach muzyką i SZCZERĄ rozmową, której w tych, czy jakichkolwiek czasach tak mało.
A niekiedy wystarczyłoby mi wpatrywanie się w ścianę...
NAPRAWDĘ. Byłabym wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie.

Sukcesy tego świata nie są dla mnie. Żyłam tu już sporo razy w różnych ciałach i wiem, że kasa, poważanie u innych, posiadanie rodziny, uciechy cielesne nie dają spełnienia. Chcę ekstazy duchowej...Nie rozumiem po co ten cały teatrzyk. Ano tak. Dla rozwoju. Ale na chuj, jak i tak potem nic nie pamiętam?


Czym jest depresja?
Kaskadą negatywnych myśli, w tym samobójczych, które napadają nagle, co więcej zwykle bez większego powodu i trwają od kilku minut do długich tygodni, nieważne w jakiej sytuacji i przestaje się być sobą. Nie da się oderwać od tych myśli. Całkowicie spada energia do jakiegokolwiek ruszenia się. Zero sensu istnienia. Nic nie cieszy, choć mogłoby. Podobnież ma to podłoże w nieprawidłowej strukturze mózgu, genach, przeżytych traumach lub jakichś chorobach.
Kiedyś nie byłam jej świadoma. I to było piękne. Żyłam nieświadomie, borykając się tak cudnie ze smutkami. Pisząc wiersze, słuchając black metalu i spacerując godzinami. Nawet Jim Carrey czy Justyna Kowalczyk to mają. I trwa to do końca życia, mimo rozpoczęcia leczenia. Śmieszne to. Ale powiem jedno. Nie jest mi z tym źle tak na serio. Ja po prostu chyba lubię się dobijać czasem. Dzięki temu jestem sobą. A wiecie?
Odkryłam coś niesamowitego o czym kiedyś opowiem więcej.
By być szczęśliwym wystarczy być zgodnym z samym sobą. Po prostu. Nie trzeba bogactwa, sławy, życia jak społeczeństwo nakazało. Wystarczy być zgodnym ze sobą, tak jak samemu czuje się w głębinach "duszy".
Nie zawsze się da, ale można próbować by choć trochę się do tego przybliżyć.
Jakiekolwiek złe rzeczy by się nas nie łapały, to kiedy jesteśmy w środku i na zewnątrz jak najbardziej sobą, jest idealnie. Boicie się, że zostaniecie wyśmiani, stłamszeni, samotni...a zwyczajnie boicie się spróbować na pełnej kurwie być sobą, bo jesteście zastraszani przez swój nieco ograniczony, zwierzęcy mózg. Ten świat i wszystko co w nim robicie nie ma przecież większego znaczenia. Kwanty poruszają się przypadkowo, ci "wyżej" ukrywają przed nami wciąż prawdę, nauki, religie kłamią, żyjemy w sztucznych, mniej lub bardziej niewolniczych systemach...poza tym śmierć, ciągłe umieranie, wszystkiego wokoło, każdy nasz dzień to coraz krótsze życie, każdy mikrob w mikrosekundzie umiera, komórki się kruszą zastępując nieskończenie nowymi, każdy robal i każde zwierzę co jakiś czas umiera. Gdyby ten świat (fizyczny) miał większy sens ludzie nie umieraliby. Tu po prostu trzeba być szczęśliwym. Czasem przeszkadza depresja, ale co tam...ważne by czuć siebie całym sercem.

Pozdrawiam do kiedyś. Może uda mi się w lipcu nagrać COŚ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz